0
dywyndydyfar 17 marca 2026 08:37
Pamiętam, jak dawno temu rodzice chodzili na bale karnawałowe organizowane w mojej podstawówce. Było to jakoś w późnych latach 90-tych, czasach wielkich możliwości, przeważnie niewykorzystanych. Prawdę mówiąc, nigdy nie widziałem żadnego zdjęcia z tego wydarzenia, więc w najlepszym wypadku miałem mgliste pojęcie na jego temat. Aparat w telefonie pozostawał wtedy jeszcze w domenie filmów science-fiction, a z jakiegoś powodu nikt nie kwapił się do wywoływania tradycyjnych zdjęć. Wyobrażałem sobie jednak, że jest to najwspanialsza impreza na świecie, z kostiumami jak w Rio (a te widziałem w telewizji) i z tańcami do rana. Dzisiaj wiem już, że przynajmniej niektóre z tych fantazji mogły rozmijać się z rzeczywistością. Kiedy trzy dekady później jadę obejrzeć karnawał w Panamie łapię się na tym, że w sumie znowu nie bardzo wiem, czego mam się spodziewać na miejscu.

Tradycje karnawałowe w Polsce i Ameryce Łacińskiej różnią się już na pierwszy rzut oka. W Polsce w lutym – przy dobrych wiatrach – kończą się dopiero mrozy. W takich warunkach trzeba być naprawdę zdeterminowanym, aby zakładać pióropusz i tańczyć na ulicach. Inaczej sprawa wygląda po drugiej stronie globu, gdzie lato trwa w najlepsze. Koncepcja wyszalenia się na zapas przed Wielkim Postem trafiła w Ameryce Łacińskiej na podatny grunt i została tam przez wieki rozwinięta równie twórczo, co entuzjastycznie. Obrazki z Rio trafiały w latach 90-tych nawet na kineskopowe wyświetlacze telewizorów gdzieś w Europie Środkowo-Wschodniej, a przecież podobne obchody mają miejsce w całym regionie.

Kiedy dotarło do nas, że podczas naszego pobytu w Panamie trwać będzie karnawał, postanowiliśmy uwzględnić go jakoś w planie zwiedzania. Po zbadaniu tematu dokładniej ustaliliśmy, że największe fiesty z tej okazji odbywają się w Ciudad de Panama (co nie powinno dziwić) oraz w niejakim Las Tablas. Przejazd do stolicy rozwaliłby doszczętnie z trudem ułożoną w Excelu marszrutę, ale po drobnych korektach mieliśmy szansę dotrzeć do drugiej z wymienionych miejscowości, której nazwa nie mówiła nam absolutnie nic. Informacje w przewodnikach brzmiały trochę absurdalnie, bo jednym tchem wśród największych imprez karnawałowych wymieniano w nich tę organizowaną w 2-milionowej metropolii oraz tę w niewielkim miasteczku, zamieszkanym przez niecałe 25 tysięcy mieszkańców. I co ciekawe, stolica rzadko była wymieniana jako numer jeden w tym rankingu.

Las Tablas, karnawałowe serce Panamy

Niewielkie Las Tablas na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym. Położone jest na Półwyspie Azuero, jednym z najgorętszych regionów kraju. Na co dzień nie dzieje się tu zbyt wiele, a jedyną atrakcję turystyczną stanowi zabytkowy kościół na głównym placu miasta. Las Tablas byłoby więc zwykłym, prowincjonalnym miasteczkiem, jakich pełno na całym świecie, gdyby nie historia pewnej sąsiedzkiej rywalizacji. Wspomniany kościół Santa Librada oraz ukształtowanie terenu dzielą miasto na dwie części – położoną powyżej i poniżej poziomu świątyni. Ten fizyczny podział ma też swój symboliczny wymiar. Podobno w swoich początkach pierwsi osadnicy różnili się w kwestii tego, kogo obrać za patrona Las Tablas. W ten sposób zaczęła się symboliczna rywalizacja pomiędzy Calle Arriba (ulicą “powyżej”) i Calle Abajo (ulicą “poniżej”). Coś, co zaczęło się ponad 200 lat temu jako sąsiedzki spór religijny, przez wieki ewoluowało w przedziwny sposób do rangi największej imprezy w kraju, na której leją się hektolitry piwa, a przez ulice miasta przetaczają się platformy ze smokami. Brzmi to jak coś, co warto zobaczyć.

Wedle różnych szacunków, w tutejszych obchodach bierze udział nawet 250 tysięcy ludzi. Stanowi to nie lada wynik, biorąc pod uwagę, że całą Panamę zamieszkuje jakieś 4,5 miliona. Jak można to sobie łatwo wyobrazić, ta okresowa popularność stwarza pewne problemy organizacyjne. Tematem noclegu zaczęliśmy interesować się mniej więcej na 2 miesiące przed karnawałem i było to zdecydowanie za późno. Jak się okazało, w tym czasie nie było już wolnych pokoi nie tylko w samym Las Tablas czy też okolicznych miejscowościach, ale też… na całym półwyspie. Dostępne zostały tylko niewykończone pustostany przy plaży, jeden leciwy apartament o cenie niczym z Burdż Khalifa oraz motel “Playa Love” z pokojami na godziny, w dodatku 45 minut od Las Tablas. Ostatecznie ceny i warunki na miejscu nas pokonały, więc zarezerwowaliśmy nocleg prawie 100 kilometrów od miasteczka. To mniej więcej tak, jak gdyby podczas trwania “Dni Kwitnących Jabłoni” w Grójcu pierwszy wolny pokój był dostępny dopiero pod Łodzią. W praktyce oznaczało to też, że w pewnym momencie imprezy będziemy musieli się zawinąć i jechać po nocy do domu prawie dwie godziny. Czego jednak się nie robi, aby zobaczyć po raz pierwszy w życiu latynoski karnawał?

Całe przedsięwzięcie byłoby niemożliwe bez samochodu, który wypożyczyliśmy akurat tego dnia na kolejny tydzień. Droga do Las Tablas była więc dla mnie pierwszym kontaktem z panamskim ruchem drogowym w charakterze kierowcy. Jak na polskie standardy, jest on absolutnie wariacki, natomiast w porównaniu z Azją czy Bliskim Wschodem wydał się nam on nawet akceptowalny. Na pewno jednym z najgorszych elementów poruszania się po Panamie są wszechobecne korki, o czym przekonaliśmy się jeszcze w Ciudad de Panama. Trochę się ich obawialiśmy w drodze na największą imprezę w kraju, ale na szczęście nie było tak źle. Chyba największym napotkanym kuriozum było to, jak bardzo Panamczycy uwielbiają jeździć na światłach awaryjnych. Włączają je jadąc szybko, jadąc wolno, jadąc poboczem albo i lewym pasem. Logiki ciężko się w tym doszukać, ale i tak największe wrażenie robi to na skrzyżowaniach. Uruchomienie wszystkich możliwych świateł w takiej sytuacji jest równie widowiskowe, co zastanawiające, bo nijak nie sygnalizuje zamiaru kierowcy. A raczej sygnalizuje wszystkie możliwe zamiary, co w praktyce i tak sprowadza się do tego samego. Bo choć światła awaryjne są tu powszechnie lubiane i stosowane, tak już kierunkowskazy nie przyjęły się za bardzo w codziennej praktyce.

Panamczycy upodobali sobie też ogromne, amerykańskie samochody, które nijak nie pasują do wąskich uliczek tutejszych miast. Promień skrętu mają przy tym adekwatny do swoich rozmiarów, co też nie ułatwia im manewrów. Poza niechęcią do kierunkowskazów i wręcz przeciwnym uczuciem do świateł awaryjnych, panamscy kierowcy pozwalają sobie na dużą dawkę swobody w stosunku do innych zasad ruchu drogowego. Na dodatek dziury o szerokości całego pasa ruchu można tu spotkać nawet na *Panamericanie*, a co jakiś czas na jezdnię potrafi wyskoczyć jakieś zwierzę, którego nie widziałem nigdy nawet w Zoo. W efekcie na jezdni spotyka się często namalowane farbą niebieskie serca oznaczające miejsca, w których doszło do śmiertelnych w skutkach wypadków. Sprawiało to mocno niepokojące wrażenie, choć w porównaniu ze wskaźnikami dla całego regionu, panamskie drogi i tak są relatywnie bezpieczne. Niemniej tutejsza policja najprawdopodobniej widziała ryzyko ich pogorszenia w trakcie karnawału, stąd też rozpoczęła swoją wersję akcji “Znicz” i obstawiła główne trasy doraźnymi kontrolami prędkości.

Image
Las Tablas, panamska stolica karnawału. A na co dzień malutkie miasteczko gdzieś na peryferiach.

Image
Po drodze witają nas puszki Panamy oraz dziwnie znajome logo po lewej stronie drogi.

Image
Cała droga do Las Tablas usiana jest patrolami policji. Panamczycy są dość pokojowo nastawieni, ale nigdy nie wiadomo, co im strzeli do głowy po skrzynce Balboa.

Image
Nie tylko młodzi imprezowicze zmierzają na karnawał.

Ślady po tsunami

Do Las Tablas dotarliśmy w sobotę późnym popołudniem, zahaczając wcześniej o inne atrakcje półwyspu. Nie bardzo wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać na miejscu, bo nie istniał żaden oficjalny harmonogram obchodów karnawału. Ku mojej irytacji, rolę głównego kanału informacyjnego w Panamie (i nie tylko) przyjął Instagram, który nadaje się do tego mniej więcej tak, jak Gadu-Gadu do tworzenia wykresów kołowych. Udało nam się jakoś ustalić, że w piątek wybrane zostały już królowe dzielnic, będące przez kolejne dni symbolami rywalizacji pomiędzy Calle Abajo i Calle Arriba. Na sobotę natomiast zaplanowano główną paradę z ich udziałem, czyli najbardziej widowiskowy element całego karnawału. Gdzieś między wierszami wyczytaliśmy jeszcze, że wydarzeniu towarzyszyć będzie wielka impreza w stylu naszego lanego poniedziałku, choć dalszych szczegółów na ten temat nie udało nam się odnaleźć. Przezornie wzięliśmy więc ze sobą wodoodporne pokrowce na telefony oraz zostawiliśmy większość delikatnych rzeczy w samochodzie. Tak przygotowani ruszyliśmy w kierunku centrum miasteczka.

Patrząc na idące z naprzeciwka w naszym kierunku tłumy zdaliśmy sobie sprawę, że najwidoczniej dotarliśmy na sam koniec “wodnej” części imprezy. Chociaż większość przechodniów miała na sobie wyłącznie stroje kąpielowe i pokrowce na telefony, to co drugi facet niósł jeszcze termiczną skrzynkę na napoje, która w Panamie ma status produktu pierwszej potrzeby. Na ulicach trwał w tym czasie jeden wielki jarmark, na którym sprzedawano wszystko, co tylko może przydać się imprezowiczom. Były tam smażone platany, budki z hot-dogami, stoiska z lodem, a nawet jakieś bliżej nieokreślone maskotki z AliExpress. Z każdym krokiem zbliżającym nas do rynku Las Tablas na ulicach rosły też pokłady śmieci.

Na miejscu zastaliśmy widok niczym po przejściu tsunami. Woda w większości wsiąknęła już w grunt albo spłynęła do studzienek, pozostawiając krajobraz niczym po stoczonej tu bitwie. Sądząc po kompozycji ulic, głównym orężem były w niej puszki i butelki po piwie, ale nie zabrakło też kostek lodu używanych w charakterze amunicji i ofiar w postaci części garderoby, od okularów po bieliznę. Fiesta musiała skończyć się dosłownie przed chwilą, bo na opustoszały plac boju właśnie wjeżdżały śmieciarki i polewaczki, które krok za krokiem przywracały powierzchnię do dalszej części wieczoru. Okazało się, że na la mojadera, polewanie wodą z wielkich cystern jadących przez miasto, spóźniliśmy się mniej więcej godzinę. Ostatnie niedobitki kręciły się jeszcze po rynku, a z balkonów przylegających do nich kamienic kilku nadgorliwych mieszkańców polewało ich jeszcze z węży ogrodowych. Mimo to widać było, że impreza dobiegła końca, a jej uczestnicy idą się w końcu przebrać i (opcjonalnie) odrobinę przetrzeźwieć przed wieczorną paradą. Nie pozostało nam więc nic innego, jak przejść się trochę po tym pobojowisku i obejrzeć z bliska panujący wokół klimat jarmarku.

Image
Po południu panuje tu klimat plażowo-festiwalowy. Niestety, na imprezę z polewaniem się wodą jesteśmy spóźnieni.

Image
Gdzie jest impreza, tam potrzeba jest i aprowizacja. Wszystkie uliczki centrum zastawione są straganami.

Image
Tędy przeszło przed chwilą tsunami. Albo powódź browaru Panama.

Image

Image
Na plac boju wjeżdżają śmieciarki.

Image
Jedna z kilku zamkniętych scen na terenie Las Tablas. Chwilowo nic się na niej nie dzieje, więc weszliśmy tu bez sprawdzania biletów.

Image

Image

Panamska dieta cud


Do Panamy ewidentnie nie dotarła jeszcze koncepcja zabawy bez alkoholu. Podczas karnawału Panamczyków praktycznie nie widuje się bez puszki piwa, a niekiedy i całej skrzynki wypełnionej lodem. Jest na to niejako odgórne przyzwolenie, bo głównym sponsorem całej imprezy jest jeden z dużych browarów. Królują tu przede wszystkim lekkie lagery, które widocznie dobrze komponują się z rybami, daniami z grilla i blisko 40-stopniowymi upałami. Poza supermarketami, w sklepach praktycznie nie widywałem piw zero, stąd też podejrzewam, że napój ten nie cieszy się specjalną popularnością. Za to klasyczny złocisty trunek piją tutaj wszyscy i skala spożycia robi wrażenie nawet na kimś, kto wychował się w kulturze jeszcze bardziej – nomen omen – przesiąkniętej alkoholem. Według statystyk Panamczycy spożywają najwięcej piwa w całej Ameryce Łacińskiej, a nawet w światowych rankingach zajmują miejsce w pierwszej 20-tce.

Co przy tym ciekawe, w knajpach i na ulicach rzadko widywaliśmy ludzi pijących mocniejsze alkohole. Nie to, żeby w Panamie nie produkowano dobrego rumu, ale najwyraźniej nie jest to trunek pierwszego wyboru. Z naszego punktu widzenia jeszcze istotniejsze było to, że podczas całego pobytu w tym kraju bardzo rzadko widywaliśmy zniszczonych życiem i nałogiem narkomanów. Oczywiście, problem narkotyków w Panamie również występuje, ale w porównaniu z miastami Kolumbii tutejsze ulice wyglądają jak marzenie harcerza ZHP. Z tego względu nawet chodząc po mocno wstawionym Las Tablas, czuliśmy się przeważnie bezpiecznie.

Jeśli zdarzyło się wam wracać kiedyś z imprezy nad ranem, to wiecie, że o tej porze nie ma nic lepszego niż tłusty kebab niepewnego pochodzenia z budki przy dworcu. Co prawda, w Panamie kuchnia turecka jest mało popularna, ale podczas karnawału imprezowicze nie mogą narzekać na brak oferty gastronomicznej. Na każdym kroku serwowane są hot dogi, hamburgery albo bliżej nieokreślone mięso z grilla. Wszystko tłuste i przeważnie wyciągnięte z głębokiego oleju, a jedynym warzywem są tu patacones, placuszki z bananów – oczywiście, smażone. Do popicia obowiązkowo piwo, ewentualnie Coca-Cola lub jakiś inny gazowany napój rodem z USA. Tak w ogóle to najmniej z całego wyjazdu tęsknić będę właśnie za panamską kuchnią, która nawet mnie męczyła ilością smażonego mięsa i tłuszczu. O ile jeszcze dawało się czasami urozmaicić dietę świeżymi rybami i owocami morza, tak już z warzywami Panamczycy się ewidentnie nie lubią. I to, niestety, widać.

Panama pod wieloma względami pozostaje pod silnym wpływem kulturowym USA. Również w kwestiach żywienia przyjęła ze Stanów same najgorsze wzorce i twórczo rozwinęła je w oparciu o dostępne na miejscu składniki. Dieta oparta na smażonym na głębokim tłuszczu mięsie, fast-foodach i Coca-Coli przynosi łatwe do przewidzenia efekty. Badania przeprowadzone w 2019 wykazały, że ponad 70% kobiet w Panamie posiada nadwagę, a w tym 30% zmaga się z otyłością. I o ile faktycznie kanony piękna w Ameryce Łacińskiej trochę odbiegają od naszych, to kształty niektórych pań bywały bardziej “okrągłe” niż “zaokrąglone”. Żeby było jasne, z mężczyznami jest podobnie, ale rzeczywiście statystyki wskazują na większe problemy z nadwagą wśród Panamek. Kontrast pomiędzy królowymi karnawału a zwykłymi jego uczestnikami bywał w tej kwestii wręcz porażający.

Na pewno karnawałowa atmosfera nie sprzyja specjalnemu trzymaniu diety. Na każdym kroku leje się piwo, gra muzyka i w ogóle panuje klimat podniecenia. Pod ścianą ktoś rzyga, parę kroków dalej jakaś para znalazła wspólny język, a lekko wcięty Panamczyk tańczy samotnie na ulicy z gracją prawdziwego wirtuoza samby. Spotkany kiedyś w Ciudad de Panama kierowca Ubera mówił nam, że podczas karnawału zawieszone są wszystkie normy społeczne, a każdy dzień to festiwal muzyki, tańca i alkoholu. Mrugnął przy tym porozumiewawczo i dodał, że prawdziwe skutki imprezy widoczne są dopiero w listopadzie, kiedy to co roku rodzi się najwięcej dzieci. Pogląd o powszechnym rozpasaniu seksualnym w okresie karnawału wydaje się jednak równie powszechny, co trochę przesadzony. Nośny temat podłapali już politycy, bo jeden z panamskich posłów złożył w tym roku projekt ustawy zaostrzającej kary za ekshibicjonizm i “akty lubieżne” w miejscach publicznych, przede wszystkim w trakcie imprez masowych. W wywiadzie broni się trochę, że zakaz nie dotyczy plaż i tradycyjnych strojów prezentowanych na paradach, natomiast odnosi się do uczestników tych imprez. Jeśli ustawa wejdzie w życie, to za przesadne ekscesy cielesne będzie można trafić w Panamie do więzienia nawet na 7 lat.

Nawet jeśli problem został mocno wyolbrzymiony przez pana posła, to i tak sporo świadczy o traktowaniu karnawału przez mieszkańców jako okresu, w którym dozwolone jest odrobinę więcej. Swoją drogą, statystyki narodzin zdają się przeczyć opinii o powszechnym zachodzeniu Panamek w ciążę właśnie w połowie lutego. Generalnie narodzin w drugiej połowie roku jest trochę więcej, natomiast liczby za listopad nie wyróżniają się jakoś wyraźnie – w 2023 w tym miesiącu przyszło na świat 8,23% wszystkich dzieci urodzonych w danym roku. Wyrażone w ułamku daje w przybliżeniu 1/12. Czy więc na pewno jest to okres aż tak wielkiego rozpasania, jak widzieliby to taksówkarze i politycy?

Image
Ulice są jako tako uprzątnięte, można kontynuować imprezę.


Image

Image

Image

Image

Wielkie oczekiwanie na paradę


Kulminacyjnym momentem obchodów karnawału jest wielka parada, organizowana przez Calle Arriba i Calle Abajo. Podczas wydarzenia kolorowe platformy dwóch rywalizujących drużyn wyruszają ze swoich części miasta, aby spotkać się w Parque Porras, głównym parku Las Tablas. Na czele każdej z parad stoją królowe karnawału, wyłanianie osobno dla każdej dzielnicy. W tym roku tytuły zdobyły Ana Isabel z Calle Arriba oraz Astrid Carolina z Calle Abajo. Ich wizerunki zdobią billboardy w całym kraju, od Ciudad de Panama po Boquete, a same panie wraz ze sławą uzyskują dostęp do całej masy kampanii reklamowych. Na głównym rynku miasteczka Ana Isabel z Calle Arriba reklamuje biżuterię, a Astrid Carolina stała się twarzą kostiumów kąpielowych i szerokiej palety kosmetyków, których przeznaczenia co najwyżej mgliście się domyślam.

Paradzie towarzyszyć ma jeszcze orkiestra dęta oraz pokaz sztucznych ogni. Biorąc pod uwagę ten drugi element, domyślamy się, że odbędzie się ona po zmroku. Oficjalnych informacji jest – niestety – jak na lekarstwo. Trochę udaje się nam dowiedzieć od dwójki policjantów, którzy na jakimś etapie postanowili nas wylegitymować, chyba trochę z nudów, a trochę z ciekawości. Według nich impreza ma się zacząć jakoś po 21:00, więc mamy jeszcze trochę czasu. Postanawiamy wypuścić się trochę dalej w miasteczko i zobaczyć przygotowania do najważniejszego wydarzenia roku w Las Tablas.

Kilkanaście uliczek od centrum napotykamy w końcu na ustawione w rzędzie karnawałowe platformy. Wokół nich energicznie krzątają się Panamczycy, którzy dekorują je kolorowymi pióropuszami i kilogramami cyrkonii. Chociaż jeszcze daleko im do końca przygotowań, to widok i tak jest niesamowity. Fantazja twórców sięga daleko w czasie i przestrzeni, bo znajdują się na nich kilkumetrowe kobry, posągi czarodziejów, jacyś hinduscy giganci, smoki i cała masa rzeczy, których nie bardzo potrafię dopasować do żadnego kręgu kulturowego. Znalazło się nawet miejsce dla sfinksów w towarzystwie innych egipskich bóstw i czegoś, co wygląda jak bardzo wkurzony faraon. Przy platformach spędzamy dłuższą chwilę, zaciekawieni tym nieobecnym w Polsce elementem karnawału. Każda z nich to małe dzieło sztuki, pełne ozdób i pomysłowo wykonanych figur. Widać, że ktoś naprawdę się przy nich napracował, a na dodatek wymagały one niemałych inwestycji. Według różnych szacunków koszt przygotowania jednej platformy sięga niekiedy nawet 30 tysięcy dolarów. W paradzie każdej z rywalizujących dzielnic bierze ich przy tym udział kilkanaście, co łącznie daje pokaźną kwotę jak na jednorazowy rekwizyt imprezowy. Calle Arriba i Calle Abajo nie zamierzają jednak na nich oszczędzać, bo w grę wchodzi przecież kwestia bezcenna, czyli miano najlepszej dzielnicy w 25-tysięcznym mieście powiatowym. Nawiasem mówiąc, nasz widok wzbudza wśród Panamczyków nie mniejsze zainteresowanie, bo pomimo rozmiarów imprezy, w Las Tablas gringos jest tu jak na lekarstwo.

W kilku częściach Las Tablas funkcjonują też zamknięte płatne sektory, gdzie impreza nie ustaje praktycznie przez cały czas. Nie bardzo udało nam się podejrzeć, co dokładnie dzieje się za ogrodzeniem, ale biorąc pod uwagę liczbę co i rusz rzygających pod nimi Panamczyków, fiesta musi być naprawdę przednia. Do środka nie wchodzimy, bo bardziej od dyskoteki interesuje nas nadchodząca publiczna parada. A ta – wedle naszych obliczeń – powinna się niebawem zacząć.

Mniej więcej około 20:30 zajmujemy strategiczne miejsce zaraz na rogu Parque Porras. Tuż obok wzdłuż ulicy ustawili się na składanych krzesełkach starsi Panamczycy, a po przeciwnej stronie przydrożny murek obsiadły matki z dziećmi. Za pierwszy sygnał nadchodzącej imprezy uznajemy niewielką pochód w wykonaniu może z 50 osób. Na jego czele idą trzy starsze kobiety w koronach, które chętnie pozują do zdjęć i jeszcze chętniej tańczą z każdym napotkanym mężczyzną. Z zasłyszanych na ulicy półsłówek wnioskujemy, że są to dawne królowe karnawału, które co roku symbolicznie otwierają imprezę. Ich przemarsz nie trwa długo, więc na chwilę przed 21:00 jesteśmy w blokach startowych i czekamy na główną defiladę. No i super, jak dobrze pójdzie, to mamy szansę dotrzeć do naszego oddalonego o 100 kilometrów noclegu jeszcze przed północną.

Faktycznie, chwilę po 21:00 z głośników stojącego przy nas pawilonu rozbrzmiewa głośna muzyka, a pod nim otwiera się oficjalny kiosk z napojami sponsora imprezy. Tłum się zagęszcza, zajmując wszystkie dostępne wzdłuż drogi miejsca siedzące i stojące. Miejscowa rodzina z nastoletnią córką rozsiada się na jakimś kufrze pod ścianą budynku. Ojciec zeruje puszkę Panamy, córeczka podryguje w rytm ogłuszającej latynoskiej muzyki. Tuż obok siada jeszcze jeden nastoletni chłopak, zastanawiająco obojętny wobec ogarniającej nas atmosfery oczekiwania. Muzyka dudni, tłum wokół nas robi się coraz większy, więc pewnie za chwilę ruszy główna atrakcja. Czekamy w napięciu.

Mniej więcej godzinę później nadal patrzymy się w kierunku wylotu ulicy, z której powinna nadejść parada. Ojciec obok wyzerował kolejną Panamę, córka kręci rolki na jakiegoś TikToka, a jej matka przymyka co jakiś czas oczy. Znudzony chłopak siedzi w telefonie i zupełnie ignoruje otoczenie. Co chwilę na ziemi lądują puszki po piwie, które w mgnieniu oka zbiera jakiś miejscowy fanatyk systemu kaucyjnego. Nie no – myślimy – o 22:00 to już na pewno się zacznie. Przecież obok nas siedzą matki z dziećmi. Nie może to już długo potrwać.

Kolejne pół godziny później największą atrakcję stanowi scenka rodzajowa, która pod każdą szerokością geograficzną wygląda chyba tak samo. Nastoletnia córeczka chce pójść w miasto ze swoim chłopakiem i próbuje przekonać do tego rodziców. Chłopak przywitał się z nimi i teraz grzecznie stoi obok, czekając na werdykt. Dziewczyna nawet nie patrzy na ojca, któremu najwidoczniej znudziły się już kolejne puszki Panamy, a całą swoją nastoletnią siłę przekonywania skupia na matce. Kiedy ta w końcu się zgadza, dziewczyna zadowolona idzie w tłum ze swoim chłopakiem. Matka opiera się na ramieniu męża, który kupuje jej jakieś przekąski i bez słowa czekają na rozpoczęcie parady. W tym czasie znudzony chłopaczek obok zaczyna powoli przysypiać.

Zbliża się 23:00 i na końcu ulicy nareszcie widać pierwsze platformy. Suną powoli w naszym kierunku, wywołując swoim pojawieniem duże poruszenie. Na pierwszej z nich dostrzegam kobietę ubraną w błyszczącą zbroję z cekinów i piór, szczodrze rozdającą uśmiechy i pozdrowienia dłonią. Teraz już na pewno zacznie się parada, bo przecież w tym stroju i na szpilkach nie wytrzyma zbyt długo. Czas najwyższy, bo zaraz trzeba zbierać się do domu, a poza tym po kilku godzinach stania w tej dudniącej muzyce sam już nie słyszę własnych myśli. Jakimś cudem chłopaczek obok nas chrapie w najlepsze.

Przed północą kobieta schodzi z platformy, która zaczyna dziwnie się kołysać. Moja żona śpi, siedząc na krawężniku, oparta o jakąś dziewczynkę. Morale w drużynie wyraźnie siada i podobny nastrój udziela się chyba też innym oczekującym. Łatwo można też rozróżnić imprezowiczów, dla których parada jest wyłącznie miłym tłem do osuszania kolejnych browarków oraz staruszków i rodziny z dziećmi, którzy ewidentnie przyszli przede wszystkim z jej powodu. My pozwalamy sobie co najwyżej na wypicie butelki wody i coraz częściej spoglądamy na zegarek. Powoli tracimy też jakąkolwiek nadzieję, że dalsze czekanie ma jakikolwiek sens. Sen chłopaka obok wkroczył już w ostatnią fazę NREM.

Mniej więcej wpół do pierwszej rozchodzi się plotka, że pierwsza platforma uległa awarii i nie wiadomo, o której w końcu ruszy parada. Tego jest już dla nas za wiele. Od jakiegoś czasu zasypiamy na stojąco, a na dodatek od domu dzieli nas kawał drogi po nocy i dziurawych drogach. Z bólem serca podejmujemy decyzję o taktycznym odwrocie, przekładaną tego wieczoru już kilka razy. Kierujemy się w stronę wyjścia z placu, włączając się do strumienia podobnie zrezygnowanych uczestników wydarzenia. Mijając pierwszą platformę widzę, jak starszy Panamczyk tnie coś zawzięcie szlifierką kątową, spod której strzelają snopy iskier. Wokół niego stoi kilku innych facetów palących z powagą papierosy i dyskutujących o czymś zaciekle. Wystarczająco wiele razy w życiu widziałem już taki obrazek, aby wiedzieć, że naprawa równie dobrze może potrwać 15 minut, jak i 2 tygodnie. Przy okazji wykonywania poprawek odsłonięto część zabudowy platformy i dopiero teraz dostrzegam, że jej serce stanowi wysłużony traktor Massey Fergusson. Jego kierowca zdaje się drzemać, co tylko potwierdza moją teorię o poważniejszej usterce całej konstrukcji.

Sytuację starają się jeszcze ratować panie występujące na platformach. Uśmiechają się do przechodniów, pozują do zdjęć i w ogóle robią dobrą minę do złej gry. Nigdzie nie widzę jednak dwóch królowych, na które napatrzyłem się przecież sporo na otaczających plac banerach i reklamach. W pewnym momencie chyba również organizatorzy dostrzegają narastającą w tłumie rezygnację i podejmują decyzję o przyspieszeniu pokazu sztucznych ogni. Na chwilę zatrzymujemy się i my, ale niestety, nic nie zapowiada, aby parada miała w końcu ruszyć. Po dotarciu do samochodu ruszamy więc w drogę powrotną. Światła fajerwerków jeszcze długo oglądamy we wstecznym lusterku.

Image
Nie jestem w stanie powiedzieć, czym dokładnie inspirowali się autorzy.


Image
Miejsce dla egipskich klimatów również się znajdzie.


Image
Kobry, czarownik i leżący koń. Kompozycja co najmniej nieoczywista.


Image
A oto i platforma, która później sprawiła nam wiele nadziei i jeszcze więcej rozczarowania.


Image

Image
Nie wiem co to, ale w zasadzie jest całkiem ładne.


Image

Image
Misio jadący obok faraonów. Panamska fantazja nie ma granic.


Image
Zajmujemy naszą strategiczną pozycję i czekamy na początek parady. Jeszcze nie wiemy, co nas czeka.


Image

Image
Najlepsze miejsca są już zajęte mniej więcej od zmroku.


Image
Można też przyjść z własnym krzesełkiem.


Image

Image
Z paniami można zatańczyć. Nawet w słusznym wieku ruszają się z latynoską gracją.


Image

Image
Tłum gęstnieje, teraz na pewno się zacznie. Tak przynajmniej sobie wmawialiśmy mniej więcej co pół godziny.


Image
I jest, w końcu nadciąga pierwsza platforma. Za chwilę wejdzie na nią też ubrana w cekinową zbroję Panamka.


Image
Po 40 minutach stania pani przestała się uśmiechać, a na platformę wszedł zupełnie niekarnawałowy koleś.


Image
Robota wre aż iskry lecą. Mina faceta po prawej stronie wskazuje, że lekko nie będzie.


Image
Pan traktorzysta miał wozić po karnawale królowe, a zamiast tego tkwi tu od 2 godzin.


Image
Niektóre artystki nie tracą humoru.


Image

Image
Las Tablas żegna nas pokazem sztucznych ogni.


Spokojnie kochani, jeszcze dwa dni bani


Szkoda nam parady jak cholera, ale ostatecznie podjęliśmy dobrą decyzję. Po całym dni ledwo patrzyliśmy na oczy, a droga do domu okazała się dłuższa, niż się spodziewaliśmy. Następnego dnia jeszcze długo huczał mi w głowie w rytm disco-latynoskich hitów, które po 4 godzinach czekania pod głośnikami znaliśmy już na pamięć. Nad ranem sprawdzamy od razu wszystkie możliwe media społecznościowe w poszukiwaniu wieści z Las Tablas. Okazało się, że parada w końcu ruszyła, choć w żaden sposób nie udało nam się ustalić dokładnej godziny. W każdym razie było jeszcze ciemno, więc do świtu musieli się jakoś wyrobić. Na żadnych zdjęciach nie widzimy też pierwszej platformy, której najwyraźniej nie udało się naprawić. Patrząc na widoczne na zdjęciach tłumy dociera do nas, że dla Panamczyków zakończenie imprezy nad ranem od początku było jedynym akceptowalnym zachowaniem. Dla nas jest to fizycznie i kulturowo nie do przeskoczenia. Po wrażeniach poprzedniego dnia jesteśmy też solidnie umordowani i zdajemy sobie sprawę, że trzeba mieć nielichą kondycję, aby dobrze się bawić.

Przez kolejne dni śledzimy wieści dochodzące z Las Tablas i utwierdzamy się w przekonaniu, że Panamczycy ulepieni są z piwa i pióropuszy. Impreza trwa tam praktycznie non stop, od rana do – właściwie rzecz biorąc – kolejnego ranka. Zwieńczenie tego szaleństwa ma miejsce dopiero nad ranem w środę, kiedy to najpierw Calle Arriba i Calle Abajo całą noc śpiewają o sobie nawzajem improwizowane złośliwości, a skoro świt… wspólnie idą na mszę z okazji Środy Popielcowej. Naprawdę, latynoski karnawał mocno różni się od naszego.

Mimo pozostawiającego niedosyt finiszu, wizytę na karnawale w Las Tablas uważamy za udaną. Wedle wszystkich znaków, jest on największą imprezą tego typu w Panamie, zostawiając obchody organizowane w stolicy daleko w tyle. W ogóle karnawał w Ciudad de Panama ulega z każdym rokiem coraz większym zmianom, tracąc nieco swój oryginalny koloryt. Dwa lata temu władze miasta odstąpiły w ogóle od jego organizacji, tłumacząc się fatalnym stanem finansów stolicy. Wywołało to falę oburzenia wśród Panamczyków i na pewno nie poprawiło notowań lokalnych polityków. W tym roku w Ciudad de Panama karnawał faktycznie się odbył, ale w swoich założeniach miał być “bardziej międzynarodowy”, żeby przyciągnąć więcej turystów. Zrezygnowano z wyłaniania królowych, a polewanie się wodą ograniczono do niezbędnego minimum. Władze postawiły na bardziej kameralne imprezy z DJ-ami, które w ich zamierzeniu bardziej powinny odpowiadać gościom z zagranicy. Jak dla mnie jest to kierunek zgoła przeciwny, bo dla nas autentyczna fiesta rodem z Las Tablas stanowiła jedną z głównych atrakcji Panamy. Nawet jeśli kondycyjnie odpadliśmy już na jej początku.

P.S. Gdyby ktoś z Was poszukiwał informacji praktycznych dotyczących wyjazdu do Panamy, to garść porad zamieściłem w osobnym wątku na forum Fly4Free.

Dodaj Komentarz